Nie wiem czy wolno to robić, przepisywać. Ale jeśli to punkt wyjścia do różnych takich sobie rozważań, to chyba można?
Przepisałam co nieco ze wspaniałej książki Józefa Kozieleckiego "Autobiografia z psychologią w tle", str 191/192
Nadzieja, rozumiana jako emocja, przekonanie, cnota i fenomen kulturowy, jest jedną z najważniejszych spraw człowieka. Zarówno zwykli ludzie, jak i profesjonaliści - lekarze, psychologowie, filozofowie, nawet politycy - akceptują pogląd, że życie według nadziei i działanie z nadzieją odgrywa doniosła rolę w egzystencji jednostki i społeczeństwa. Stanowi rodzaj wiatru w żagle, dynamizującego zachowanie, zwiększa szansę sukcesu i nadaje sens życiu. Tymczasem brak tej emocji, a szczególnie beznadziejność, odczłowiecza, prowadzi do lęku, rozpaczy i cynizmu. W krańcowych przypadkach rodzi przeklęte myśli o samobójstwie.
W przeszłości wydawało mi się, że nadzieja, zjawisko tak subiektywne, rozmyte i trochę tajemnicze, nie poddaje się badaniom empirycznym. A jednak nauka, nieustannie poszukująca prawdy, zajęła się także tym trudnym problemem. Lekarzom, psychologom i kulturoznawcom, którzy mieli odwagę podjąć tak ryzykowne badania, należy się uznanie. Człowiek znów przekroczył siebie.*
Od dawna myślałem o napisaniu książki o psychologii nadziei. (...) Badania [autora] wykazały, że pełni ona ważną, często decydującą rolę w wielu rodzajach działalności. Szczególną rolę odgrywa - i to jest moja oryginalna idea - w zachowaniach transgresyjnych, to znaczy w przekraczaniu granic dotychczasowych osiągnięć (...). Trzeba mieć aktywną nadzieję, żeby rozwijać kulturę i własną osobowość. (...)
Gdyby ktoś mnie zapytał, jakie nauki płyną z moich studiów nad nadzieją, to odpowiedziałbym, że szczególnie ważne jest dla mnie przesłanie: "Zanim zaczniesz szukać nadziei wśród innych, spróbuj ją znaleźć w sobie".
Nadzieja jak szeroka droga.
--------------------------------
* Prof. Kozielecki jest twórcą koncepcji mechanizmów transgresji.
--------------------------------
E. napisała na to:
Przyznam, że nie lubię słowa "nadzieja". W znaczeniu oczekiwania zajścia pożądanego zdarzenia. Kojarzy mi się z biernością i bezsilnością. Z poczuciem, że nic ode mnie nie zależy.
Chociaż emocję zwaną beznadzieją znam bardzo dobrze
Jako racjonalistka wolę przewidywać przyszłe zdarzenia jako możliwe scenariusze, opatrzone znakiem wartościującym (jedne dobre dla mnie, inne złe; niektóre - bez znaczenia) oraz prawdopodobieństwem ich zajścia. Zamiast frazy: "mam nadzieję, że coś" wolę: "chcę to osiągnąć". To drugie implikuje kolejną: "i co mogę zrobić, żeby tak się stało". Jest aktywnym podejściem. "Mam nadzieję" wywołuje we mnie kontynuację: "niech to się (samo) stanie".
A. (ja) na to:
E., owszem, to dobre podejście. Jednak nie o tym chyba mowa. Ty piszesz o racjonalizacji, prof. Kozielecki o emocjach:
Nadzieja, rozumiana jako emocja, przekonanie, cnota i fenomen kulturowy, jest jedną z najważniejszych spraw człowieka.
Nawet słowo "przekonanie", w znaczeniu przeświadczenie, nie oznacza racjonalizacji. Ona jest drugim krokiem, bo wszystkie nasze działania najpierw przechodzą przez emocje. Mamy taki obszar w mózgu, położony najgłębiej, wspólny wszystkim kręgowcom, który został nazwany "mózgiem gadzim". Ta część mózgu reaguje przed każdą inną, jest najdawniejsza i u ludzi nie zanikła. U niektórych z nas została odcięta od świadomych reakcji i działań, ale jest.
Jak znajdę źródło tej info, to je podam.
A to, że nie lubisz, to przecież nie znaczy, że nadzieja nie jest pojęciem przeciwstawnym do beznadziei. W cytowanym tekście mowa o nich obu, są nierozłączne.
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4826
E. odpowiada:
Wiem, co to jest emocja.
>A to, że nie lubisz (...)
Ja, widocznie, pewnych emocji nie odczuwam
A serio: naprawdę nie odczuwam czegoś takiego jak nadzieja. Podobnie jak wiara. Taki dziwoląg jestem.
Zamiast nadziei posługuję się przekonaniami i szansami.
Całe życie w odniesieniu do siebie posługiwałam się taką metaforą: moja sfera racjonalna ma wielkość arbuza, a emocjonalna jest jak orzech laskowy. Te proporcje odrobinę się ostatnio zmieniły, ale nie jest to zmiana jakościowa. Ja tak po prostu mam. Może to ułomność, a może cnota, nie oceniam. A może cecha, która różnicuje tzw. "umysł ścisły" od "humanistycznego", czy "artystycznego"?
A. ja na to co E wyżej napisała:
<>
Pisałam kiedyś pracę o iluminacji w matematyce. Oprócz rzadkich iluminacji matematycy wskazywali na wysoko rozwiniętą sferą emocji (tyle że najczęściej byli egocentryczni). Ja powiem więcej: tzw. prawdziwy twórca, artysta czy naukowiec, biznesmen czy inny organizator w ogóle musi być egocentryczny, lub nie być wcale. Oczywiście to na marginesie, cechy osobowości to inna sprawa.
Ale już taka rzecz jak wyobraźnia...? To dzieło umysłu czy emocji?