Menu

Almetyna blox

Rysunki i grafika, czasem na tematy poważne, a czasem zupełnie nie.

PRZYWRÓCONE ze zmianami

almetyna
Usunęłam, ale wpisuję ponownie, w odpowiedzi na zapotrzebowanie na FzD ujawnione. Taki był tytuł: "Specjalnie dla Drogiego Dupetka", ale już nie jest, bo Magdolot się szczęsliwie dołączył. Liczę na wszystkich moich gości. Taki był wstęp, że Pan Dupetek napisał był w komentarzu do poprzedniego wpisu (tego z Chińczykami): "Według mnie, nie powinno się dyskutować nad gustem, tylko nad dziełem wzbudzającym kontrowersje".

Ze sztuką, to jak z Chińczykami

almetyna

Na pozór wszyscy jednakowi. A przecież wystarczy poznać kilku i już widzimy różnice.
Ludzie lubią się wypowiadać w różnych sprawach ze znawstwem. Mamy mnóstwo lekarzy, ekonomistów i ministrów. Mamy mnóstwo znawców w każdej dziedzinie.

Ciekawa sytuacja panuje w sztukach wszelkich. Też każdy się wypowiada, każdemu się podoba lub nie podoba, to przecież sprawa gustu, a "o gustach się nie dyskutuje". Taaak? A niby dlaczego?

Sztuka jest wszędzie i często się jej nie zauważa. Jest przecież w każdej rzeczy, a raczej mogłaby być. Można artystycznie przeklinać:

przyklejać metki:

 

budować:

itd.

Czy w ramach dyskusji nad gustem można się pokusić o jakąś konsensus? Myśl taka nurtuje mnie od dawna, gdy różni znajomi, o różnych zawodach objawiają swoje gusta, co czasem wprawia mnie
w zdumienie. Otóż ci, którzy jednak twierdzą, że interesują się np. malarstwem, a nawet sami czasem malują, haftują artystycznie itp, niezwykle często wykształcili swój gust na filmach Disneya i obrazkach z różnych Place-de-Tertrów. Jak niemal wszyscy. Oprócz oczywiście tych, którzy sztukę traktują bardzo osobiście, a gustem się nie przejmują.

Obrazy, takie tradycyjne, najlepiej olejne, przestały się szerokiej publiczności podobać już dawno. Począwszy od co najmniej romantyzmu, każda kolejna estetyka wzbudzała protesty. Ale wystarczyło poczekać jakieś dwa - trzy pokolenia i już to co się nie podobało zostało oswojone, nie podobała się już bowiem następna stylistyka. Aż do impresjonizmu rzeczy tak się właśnie miały. Ale potem świat jeszcze bardziej przyspieszył, sztuka zaczęła się zmieniać równie szybko i ludzie się w tym pogubili. Zostawili sztukę samym artystom i ich podejrzanym przyjaciołom i zatrzymali się na impresjonizmie. To samo się stało z muzyką, nawet bardziej, bo ona się podzieliła na "klasyczną", jazz i "muzykę". Wpiszcie "muzyka" do dowolnego szukacza na portalach muzycznych, to zobaczycie ile tam najmodniejszych różności. Niech żyje pop.

Sztuka, jak Chińczycy, stała się amalgamatem. Może więc tak jak z Chińczykami, wystarczy poznać trochę współczesnej sztuki nieco bliżej, żeby zacząć ją zauważać, a nawet, nawet akceptować, rozumieć i lubić?


Zakorzenienie, rysunek Ewy

almetyna

Rozmawialiśmy z Andrzejem o napięciu, dwoistości, równowadze i spokoju ducha. Przepisywałam jego esej na ten temat, wtrącając swoje trzy grosze. Potem, leżałam na kanapie i patrzyłam na rysunek mojej znajomej, który od niej wyłudziłam, bo jest to wspaniały rysunek, a moja znajoma ma zwyczaj niszczyć znienacka swoje dzieła. U mnie ten rysunek nie zginie, często na niego patrzę.

Znam kilka osób, którym zdarza się wyznać, że nie czują związku z innymi, nie czują się ważne, nie są nic warte, niczego nie umieją, zero talentów, a jednak uważają się chwilami za istoty niezwykłe, choć do świata nieprzystające. Lepsze i gorsze zarazem. Zdałam sobie sprawę, że lekarstwem byłoby odnalezienie zakorzenienia w sensie dosłownym. Pytanie dlaczego twórca niszczy czasem swoje dzieła znajduje zapewne wiele różnych odpowiedzi.

W tym jednak wypadku powód jest prosty jak drut i skomplikowany jak wnętrze osoby niezakorzenionej w życiu. Cudownej i beznadziejnej zarazem. Ten skrajny brak równowagi bierze się z historii życia i ze strachu. Strach potrafi zawładnąć tak bardzo, że człowiek się kuli do punktu zero, z którego są tylko dwa wyjścia: autodestrukcja lub fajerwerk ekspresji. W tym drugim wypadku, gdy człowiek utalentowany, to jest to gejzer twórczy. Wielkie napięcie łączy te dwie skrajne postawy, które jak łuk elektryczny nie może trwać i trwać. Wielki ładunek dodatni i wielki ładunek ujemny nie mogą długo być w jednej przestrzeni. Oscylowanie na biegunach wyczerpuje, energia gdzieś się ulatnia w ułamku sekundy.

Gdzie się ulatnia ta energia? Jak widzę autorkę rysunku, mam wrażenie, że jej energia ulatuje w kosmos, do czarnej dziury, gdzieś w niebyt, w nieznane. Przepada, ale jej resztki mogą dać jeszcze siłę do samozniszczenia.

Czy można by zamienić siłę niszczącą na jej przeciwieństwo? Czy warto? Nie lepiej poszukać piorunochronu?

Według mnie lepiej, dużo lepiej, to wręcz niezbędne.

Dobry piorunochron idzie do ziemi i ziemia jest tą masą, która równoważy napięcia. Wszystkie napięcia. Trzeba znaleźć się na krawędzi niebytu, żeby wrócić, ale trzeba mieć uziemienie, żeby trwać.

Zakorzenienie. Sens bierze się z niego. Jeśli nasza historia zaczyna się źle, nie pozwala na zakorzenienie w sobie, ani w świecie, pozostaje szukać mocy, jaką ono daje poza sobą i przyjąć ją w sobie. Małe ziarno rzucone w ziemię najpierw zapuszcza korzenie. Jeśli tego nie zrobi, życie nie może się udać.

Falun Gong, Falun Dafa? Sadzenie drzew? Może chociaż kwiatów doniczkowych?

Image and video hosting by TinyPic

Nagła zmiana tytułu

almetyna

Budzenie się jest czasem trudne. Wstawanie czasem jeszcze trudniejsze. A jak już się człowiek uruchomi, to stara się zachować w sobie tę odrobinę magii, nawet gdy ostatniego snu nie zapamięta.

Andrzej, ten od Wspaków umie wstawać jak trzeba, zatrzymać ten spokój nagromadzony w snach i chronić go w sobie jak najdłużej, czasem nawet do następnej pory zasypiania. Taki dzień jest darem niebios i w takim dniu wszystko się udaje: kwiaty w wazonie nie więdną, telefonują sami mili ludzie, udają się rysunki, obrazy, słowa, instrumenty i kolacja. 

Moje wstawanie bywa małym dramatem. Mój zapas spokoju znika łatwo, byle dzwonek do drzwi, stłuczona filiżanka, konieczność szybkiego wyjścia z domu, telefon "w sprawie kołder", czyli: "Nazywam się Penelopa Iksińska, specjalnie dla państwa organizujemy pokaz... Ja już po "nazywam się" dziękuję za rozmowę, a wściekłość mnie bierze, ze to znowu i znowu codziennie i od lat po kilka takich. Duże ryzyko niesie taki poranek. Nic nie musi się udać, ani rysunki, obrazy, słowa, instrumenty, ani nawet kolacja.

A dziś już spodziewałam się najgorszego poranka, ostatnie dni były pełne trudnych sytuacji, trafiła mi się jakaś seria źle wydartych kartek z kalendarza.

A tu dzień pewnie będzie świetny. Nikt mnie ze snu z nagła nie wyrwał, plus. Dzień, wbrew prognozom, zaczął się światłem prawie słonecznym, pomysłów parę wpadło znienacka i nagle się okazało, że jestem w pogodnym nastroju. Wczorajsze nocne stresy zdały mi się odległą sprawą. 

Gdy rzuciłam okiem na tytuł mojego bloga, to on mnie "osłabił", jak się teraz mawia. Oj, błogostan zagrożony.

To już wiecie.

A teraz ilustracja, w końcu obraz przeważa dziś na słowem. Ten się nazywa "Błogostan", dotyczy  równowagi,  i jest dziełem wspólnym, moim i tego pana od Wspaków.


 


I-ra rzuca pomysł, ja łapię :-)

almetyna

Image and video hosting by TinyPic

 

Kto chce wiedzieć skąd pomysł, musi zajrzeć na blog Brak, wpis Age of acquisition i następny: Barwy narodowe (http://blueredporter.blox.pl/2010/07/Age-of-acquisition.html). Tak się wciągnęłam, że zrobiłam swoją wersję.

Przewrotne i ciekawe życzenia

almetyna

Pokazuję to co dostałam od artystów znajomych i rodzinnych.
Pierwsze: pisane w dniu 1 kwietnia.
Drugie: w odpowiedzi (popij sobie).
Trzecie: urocze i czysta grafika!
Czwarte: naprawdę przewrotne.
Piąte: artysta młody, czujący tradycję.

Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic

 

Image and video hosting by TinyPic

Autentyczne

almetyna

Rodzina orzekła, że muszę mieć jakiś talent.
Padło na plastyczny. 


Ponieważ wyrok zapadł zaocznie, długo sobie nie zdawałam sprawy. Przywieziono mi prezent wspaniały: piękne, różnokolorowe plasteliny, nieosiągalne w naszym siermiężnym kraju. Były z Włoch. Z radością robiłam całkiem miniaturowe ludziki, scenki cale, ich przygody, ich domki, rowery i zwierzątka. Są dotąd schowane w jakimś pudełku, tylko nie pamiętam na jakim strychu. Moje stworzonka wzbudzały aplauz. Babcia przyniosła grudę gliny, sprawa poważniejsza. Należało włożyć gumowy fartuch, a także siedzieć w łazience, w końcu podłogi się wtedy pastowało. "Dzieł" nie pamiętam, tylko jedno wydarzenie z nimi związane. Były czasem malowane po wyschnięciu, zwykłymi wodnymi farbami. A na wierzch - mamy lakier do paznokci. Bezbarwny. Zrobiłam akurat plakietkę nieforemną, z podziałami jakie mi same wypadły, dość przypadkowe, w różnych kierunkach. Małe pola pomalowałam, a to w ciapki, a to w paski, a to w falki itd. Przyszedł Przyjaciel Rodziny, Znawca sztuki. I zrobił mi Korektę. Wcale nie zajął się całością "dzieła". Pokazywał palcem różne małe pola i mówił: - To jest do kitu. - To jest świetne. - To jest mdłe. - To nic nie wyraża. - To jest autentyczne. Tu już mnie przeraził. "Jak to nie wyraża? - Nie miało wcale 'wyrażać'!". "Jak to autentyczne? Dlaczego raczej ten kawałek, a nie inny?" Dlaczego akurat "autentyczne" lub "nie", co za dziwny pomysł na ocenę. Nic nie rozumiałam. A rodzina nadal wierzyła w mój talent. Jak rodzina się uczepi, to doprawdy każde dziecko omota.

© Almetyna blox
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci