O autorze

Wpisy z tagiem: rysunek

poniedziałek, 22 marca 2010
Osobna osoba

OSOBA

Kiedy zauważam, że jestem osobną osobą? Nie pamiętam.
To pierwsze odróżnienie siebie jest tak pradawne, że nie do nazwania. Coś musiało się dziać zanim skończyłam te trzy lata. A jednak to wtedy zaczyna się moja historia. Czyli wtedy, gdy według mędrców, praktycznie wszystko już jest na swoim miejscu: człowiek zawiera w sobie całość doświadczenia o świecie i o sobie.
Chyba najdawniejsze wspomnienie to scenka przy oknie. Wracam z zajęć rytmiki, mam trzy lata. Ojciec pyta: "Czego się nauczyłaś?" Ja wydzierając się "pięknie" wykonuję jakąś pioseneczkę. Ojciec smutno i dobrotliwie komentuje: "Biedne dziecko".

ZWĄTPIENIE

Pamiętam mój wstyd i przerażenie. Nie nadaję się. To mi zostało wpojone, gdy miałam trzy lata. Czy wiedziałam wcześniej, że "się nie nadaję"? Przynajmniej gotowość do takiej odpowiedzi musiałam w sobie nosić. Ale przecież "wcześniej się nadawałam"! Od tamtej pory śpiewanie stało się probierzem mojej przydatności. W przekonaniu że się nie nadam udawało mi się nie nadawać naprawdę. Fałszowałam. Zawsze. Moje uszy zamknęły się na dźwięki.

Miałam przyjaciółkę od  kołyski. Moja babcia zajmowała się nami, gdy rodzice we czwórkę wychodzili, a wtedy przyjaciółka u nas nocowała. Śpiewała ślicznie, a przynajmniej tak o sobie sądziła. Kazała mi odśpiewywać różne piosenki i to po wielekroć. Prawie nigdy nie była usatysfakcjonowana. Piętnaście razy "Kalinka" - co za horror! Tak straszny, że wyparłam go z pamięci. Moja przyjaciółka sama mi go przypomniała, jako dobry żart, gdy byłyśmy już bardzo, ale to bardzo dorosłe. Do tej pory wiem o tym tylko dlatego, że ona tak twierdzi. Podobno chodziło jej o to, że mi zazdrościła babci, bo sama żadnej nie miała.

Sprawę uciął bezapelacyjnie Pan od śpiewu, w I klasie. Wszyscy coś śpiewaliśmy. Pan wskazał na mnie palcem. Przywołał do tablicy i walnął kamertonem w stół.  "Powtórz" rozkazał. Swoją drogą, dzieci są głupie. Powinnam była wyrwać mu ten kamerton z rąk i też walnąć w stół. (Ale słynna Gombrowiczowska forma nie była mi znana). Coś miauknęłam. "Dobrze" - zdziwił się Pan od śpiewu. Zanucił trzy dźwięki. Powtórzyłam. "Dobrze" - zdziwił się jeszcze bardziej. Gdyby  na tym stanął... Kazał odśpiewać gamę. Nawet nie wiedziałam co to takiego. "Bardzo źle! Siadaj! Nie nadajesz się!"

Ta niezdolność  musiała tkwić we mnie aż do czasu, gdy zauważyłam powstanie chóru "dla nieumiejących śpiewać".  Zapisałam się. Chociaż naprawdę nie umiałam. Były tam różne osoby, niektóre po prostu nie umiały śpiewać głosem wymaganym w chórach. Ale śpiewały bez fałszowania. Wiele razy chciałam zrezygnować, jednak czekałam, aż mnie sami wyrzucą. Byli uparci i nikogo nie wyrzucali. Po kilku latach uszy mi się otworzyły, połączyły z organem do wydawania dźwięków i już umiem zaśpiewać to i owo. Umiem wtopić się w chór i zupełnie nie wyróżniać. Ale niepewność tkwi we mnie jak cierń i nigdy nie zniknie. Bo niepewność stała się moją drugą naturą. Także co do tego, czy pragnę się nie wyróżniać?
Czy śpiewanie w chórze znaczy że nie chcę już być osobną osobą?

Teraz już znowu jest za późno: nigdy nie będę miała trzech, ani siedmiu lat. Między I klasą a teraz rozciąga się całość. Gdyby ją narysować, to jaka by była? Co by było tym constans, bez którego wypada się z rzeczywistości? Słyszę dźwięk. Wznoszący, coraz wyższy i bardzo czysty. Takich dźwięków nie ma. Czyste dźwięki są nieprawdziwe. Co jest prawdziwe?